Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Altair. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Altair. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lutego 2014

Od Altair'a: Powrót do T'hadi, część III

-Wstawaj księżniczko!- obudził mnie znajomy głos.
Otworzyłem oczy. Leżałem w mokrym lochu. Obok siedział Ithan...ale ten głos nie należał do niego. Ktoś siedział w rogu pomieszczenia. Starszy wilk...w białym płaszczu!
-Mistrz Ulffric!- zerwałem się z miejsca.
-No proszę!- Ulffric wstał i przyjrzał mi się.- Mój własny uczeń, Altair...W TYM SAMYM LOCHU CO JA!
Ostatnie słowa brzmiały jak nagana. Tak, to na pewno mój mistrz.
-JAK TY MOGŁEŚ DAĆ SIĘ NABRAĆ?! I KTO CI W OGÓLE KAZAŁ TU WRACAĆ?!
-A miałbym zrobić inaczej?- sparowałem.- Sam mnie uczyłeś że honor jest najważniejszy! To właśnie on kazał mi tu wrócić!
Ulffric uspokoił się.
-Za dobrze cię wyszkoliłem- westchnął.- A teraz chodź przytulić staruszka.
Uśmiechnąłem się. Serdecznie uściskałem starego mistrza. Potem opowiedziałem co się ze mną działo i jak dowiedziałem się o wojnie. Ithan z powagą zaprzeczał gdy opisywałem jego bohaterską postawę. Nagle ktoś otworzył zakratowane drzwi.
-Kapitan chce was widzieć- oznajmił strażnik patrząc na mnie i na Ithana.
Prowadząc nas nie był brutalny i złośliwy, pewnie ze względu na Ithana. Po drodze szturchnąłem szczeniaka.
-Nie podkulaj ogona- szepnąłem.- Nie okazuj strachu, bo przeciwnik to wykorzysta.
Szczeniak od razu zrozumiał i wyprostował się dumnie. Nasza sytuacja była beznadziejna, bo nie miałem sztyletów, ale nawet bez broni warto śmiać się wrogowi w twarz samą postawą.
Zaprowadzono nas do przestronnego pokoju. czerwony dywan prowadził do eleganckiego tronu. Wielkie okna zdobiły witraże a ściany gobeliny i boazerie. Na tronie siedziała ostatnia osobistość jaką chciałbym teraz zobaczyć.
Była to wilczyca, o szarym futrze. Miała na sobie trzy skórzane pasy, za którymi były sztylety i podobne ostrza do rzucania. Na łapach ozdobne bransolety a na szyi order kapitana. Sama w sobie wilczyca promieniowała dostojnością i powagą. I nawet ja przyznaję, że jest całkiem ładna zarówno z urody jak i doświadczenia.
-Witaj, o wielka Vivanne!- skłoniłem się ironicznie.- Morituri te salutant!*
Vivanne uśmiechnęła się drwiąco.
-I kto by pomyślał- wilczyca wstała z siedziska i podeszła do mnie.- Kopę lat, Altair. Trochę się tu pozmieniało...ale widzę, że nadal jesteś wygadany za dwóch. Możecie odejść- skinęła na strażników.
-A ty nadal równie wredna.
Vivanne parsknęła perlistym śmiechem. Zauważyła Ithana i podeszła do niego.
-A ty to kto? Nowy podopieczny asasynów?
Ithan fuknął i cofnął się. Vivanne znów się uśmiechnęła.
-Wracając do ciebie Altie- drgnąłem na znane mi przezwisko. Niestety wilczyca to zauważyła.- Pewnie znów odmówisz dołączenia w moje szeregi?
-Prędzej zdechnę- uśmiechnąłem się imitując jej wkurzające minki.
-A szkoda, Może byś nawet został moim zastępcą...- wilczyca musnęła swoim ogonem mój nos. Typowa uwodzicielska sztuczka.
-A może pójdźmy na lepszy układ- zaproponowałem.- Ty się w końcu zamkniesz a ja przestanę ci zawracać głowę.
Vivanne najwyraźniej nic nie mogło zepsuć humoru. Już miała coś powiedzieć gdy nagle pomiędzy jej przednimi łapami wbił się sztylet. Za nią wylądował asasyn.
-Przykro mi, ale twój Altie idzie z nami- oznajmił krótko. Obok wylądowała jeszcze dwójka asasynów. Jeden z nich rzucił mi moje sztylety.
Wilczyca znowu się uśmiechnęła.
-To czas na zabawę- powiedziała i zawyła. Do sali wpadli strażnicy.
Rozpoczęła się walka. Korzystając z zamieszania wymknąłem się z Ithanem. Vivanne jednak pobiegła za nami. Wolałbym strażników od niej, ale nie mogę marudzić.
Na szczęście do pościgu szybko dołączyła trójka asasynów, którzy nas uratowali. Rozpoznałem starego towarzysza.
-Khajit!- zawołałem.
-Pogadamy sobie kiedy indziej!- przerwał mi wilk.- Teraz biegnij!- wyciągnął zza pasa sztylet i rzucił w liny mocujące w jednym miejscu drewniane beczki. Beki potoczyły się po drodze. Chwyciłem Ithana za kark i skoczyłem ponad przeszkodami. Vivanne nie zdążyła zareagować i zatrzymała się.
-Kiedyś cię dorwę, Altair!- krzyknęła.
-Powodzenia!- odkrzyknąłem i wybiegliśmy z miasta.

*Mrituri te salutant - (łac.) "pozdrawiają cię idący na śmierć" (przypis autora)

Od Altair'a: Powrót do T'hadi, część II

Towarzystwo Ithana okazało się lepsze niż przypuszczałem. Maluch był strasznie podobny do mnie. Rwał się do walki ale z drugiej strony zachowywał pewien dystans. Nie należał do szczeniaków, które wychwalają się "A ja pokonam wszystkich, bo jestem najlepszy i najsilniejszy!". Takie właśnie dzieciaki nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji w jakiej znajduje się wojownik w PRAWDZIWEJ wojnie. Ithan nie przechwalał się. Nie chciał mieć do czynienia z wojną, ale też nie żądał byśmy zawrócili. Parł uparcie do przodu. Kiedy spytałem go dlaczego chce iść ze mna do T'hadi, odpowiedział:
-Nie wiem dokładnie. Coś w środku mówi mi, bym tam poszedł i mam wrażenie że nie powinienem ignorować tego czegoś.
-I bardzo dobrze- odparłem.- To coś to honor. Kiedyś zrozumiesz na czym dokładnie polega.

Po paru dniach wędrówki po pustyni dotarliśmy do celu. Wspiąłem się na wydmę by lepiej widzieć horyzont. Nie zobaczyłem go...był zasłonięty przez kamienne miasto.
-To tutaj- powiedział Ithan ale bez szczególnego entuzjazmu.
-Tak. Oto T'hadi- odparłem.- Niegdyś ostoja dla wyrzutków...a teraz gniazdo jadowitych szerszeni z czarnymi krzyżami na grzbietach.
Ruszyliśmy w stronę bramy. Jak się spodziewałem stało tam dwóch strażników. Widząc nas zasłonili nam przejście.
-Kto idzie?- spytał hardo jeden z nich.
-Zależy kto pyta- odpowiedziałem z uśmieszkiem. Ithan chyba już się domyślił co będzie jeśli ci idioci nas nie przepuszczą.
-Pilnuj języka- ostrzegł strażnik- bo ci go kto przytnie.
-O ile zdąży dobyć ostrza- sparowałem. Strażnicy nie byli tacy głupi. Przynajmniej ten, który nic nie zrobił, bowiem drugi skoczył na mnie. Również skoczyłem. Tylko jeden z nas wylądował na własnych łapach. Chyba nie muszę opowiadać kto...
Drugi strażnik widząc martwego towarzysza chciał podnieść alarm...i znów uratował nas Ithan. Szczeniak ugryzł strażnika w łapę.
-Ty mały...- nie dokończył bo poderżnąłem mu gardło ukrytym ostrzem.
-Nie przeklinamy przy dzieciach- rzuciłem.
Ukryłem w piasku zwłoki i weszliśmy do miasta.
Naszym oczom ukazały się zatłoczone uliczki pomiędzy kamienicami. Samego miasta nie stworzył żaden wilk, lecz jakieś dwunożne istoty, które dawno temu wytępiły miliony wilków. Później stało się schronieniem, warowną twierdzą, do której się te dwunogi już nigdy nie dostaną. Gdy ci mordercy zniknęli zaczęły się wojny bratobójcze o ten fort. I tak doszliśmy do chwili obecnej: strażnicy i władcy mają gdzieś cywili, szerzy się przestępstwo i bieda. I właśnie po to byli tu asasyni.
Byli...bo jak na razie nie widziałem tu żadnego.
-Gdzie oni są...- mruknąłem na głos już po raz któryś przemierzając tą samą ulicę.
-Nie rozumiem- odparł Ithan.- Poniekąd macie działać w ukryciu. Czy właśnie nie chodzi o to byście byli niewidoczni?
-Dla cywili owszem. Ale porządny asa...porządny szpieg umie zauważyć to, czego cywil nie może. W tym innych takich jak ja.
-Może wszyscy są w tajnej siedzibie? Bo chyba jakąś macie, prawda?
Pomysł Ithana nie był głupi. Głupie były jego konsekwencje.
Udaliśmy się do kryjówki zakonu. Przejście było w starej winnicy na dachu jednego z najwyższych budynków. Musiałem wnieść Ithana na górę co nie przypadło do gustu ani mnie ani jemu.
"Jeśli będę się musiał nim opiekować" pomyślałem "to w pierwszej kolejności nauczę go wspinaczki".
Gdy wdrapałem się na dach podszedłem do rzekomej ściany. Odgarnąłem zasłonę zasłonę winorośli pokazując wejście do kryjówki. Zeszliśmy po schodkach w dół...
Nie zastaliśmy nikogo.
Stoliki były poprzewracane, różne mapy i dokumenty walały się po podłodze, butelki po lekarstwach i truciznach były potłuczone.
-Tu była jakaś walka- Ithan wyrwał mi z gardła te słowa.
-I to niedawno...- dodałem.
Przyjrzałem się śladom. Były świeże...najstarsze mogły mieć co najmniej godzinę...
Wtedy w głowie zaświtała mi rzecz straszna i oczywista.
-Ithan!- zacząłem.- To zasadz...
Nie dokończyłem. Ktoś mnie walnął w głowę.

niedziela, 23 lutego 2014

Od Altair'a: Powrót do Thadi, część I

Droga do Thadi dłużyła mi się niemiłosiernie. Dotarłem do gór Granicznych z kilkunasto godzinnym opóźnieniem. Z trudem wspiąłem się na szczyt. Stanąłem na czubku już długo po zmroku. Za górami rozciągała się preria. Dalej krzewy i trawa ustępowały miejscu ubitej ziemi a potem piaskom pustyni. Za pustynią znajdował się mój kraj, gorące i wysuszone słońcem Thadi.
Nie było sensu podróżować po prerii nocą. Za dnia wieje na niej suchy i nieznośny wiatr, zaś w nocy jest niemal lodowato. Lepiej znoszę upały, gdyż tutejsze prerie poprzecinane są rzekami. Nocą rzeki to po prostu lodowe piekło. Więc plan podróży jest dość prosty: prerię będę przemierzał dniami, a pustynię nocami.
Następnego dnia szybko pokonałem drogę w dół gór przez lasy. Pokonanie prerii zajęło trochę dłużej, bo prawie tydzień. Nie wydarzało się nic ciekawego. Aż dotarłem do granic pustyni...
Na wytartym w piachu szlaku leżał wywrócony drewniany wózek. Zapasy leżały w piachu. Trochę dalej zauważyłem grupkę wilków. Sadziłem że to zwykli podróżni...dopóki nie ujrzałem ich białych pancerzy z czerwonym krzyżem na grzbiecie. Schowałem się za wozem i słuchałem:
-He he! Dalej mały! Tańcz!- śmiał się do rozpuku pierwszy żołnierz.
-Dawaj bo skończysz jak twoi starzy!- dorzucił drugi.
-A może by go trochę podgryźć? Od razu się ruszy!- po wypowiedzi trzeciego niemal dostałem wścieklizny.
Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem żałosną i smutną scenę: trójka dorosłych żołnierzy z czerwonym krzyżem na pancerzach męczyło małego szczeniaka. Obok leżały dwa trupy...najwyraźniej rodzice małego.
Nie wytrzymałem. Wyskoczyłem zza wozu i jednym zgrabnym skokiem wylądowałem na grzbiecie pierwszego żołnierza przyszpilając go do piaszczystego gruntu. Zanim jego towarzysze się ocknęli wbiłem ukryte w rękawie ostrze w kark leżącego. Drugiemu rzuciłem się zębami do gardła. Musiałem jeszcze wbić mu sztylet, bo nadal się szarpał. W szamotaninie nie zapomniałem o trzecim żołnierzu. Prawie by mi wbił mój własny sztylet w plecy...gdyby nie ten mały szczeniak! Dzieciak wskoczył mu na głowę i zaczął bić łapkami po oczach, uszach i nosie.
-Głupi! Zły wilk!- krzyczał za każdym uderzeniem.
Wbiłem mu sztylet pod gardło.
-I kto teraz się śmieje?- spytałem twardo patrząc mu prosto w oczy.
Puściłem wilka i obejrzałem się po pobojowisku. Z niesmakiem spojrzałem na szczeniaka. Dzieci w jego wieku nie powinny oglądać takiej rzezi.
-Wybacz że musiałeś to widzieć...- powiedziałem do malucha.
-To nic psze pana. Gdyby nie pan to skończyłbym jak...jak...- tu głos mu się załamał i zaczął rzewnie płakać.- Oni-ni zabil-li mo-o-oich rodziców!!!- szczeniak odruchowo przytulił się do mojej łapy. Nie miałem serca go odpychać.
Nagle coś mi zaświtało w głowie. Ja...ja już przecież widziałem tego malucha! Podróżował z resztą swojej watahy. Uciekali przed watahą Czarnego krzyża. Nie wiem dlaczego zdecydowali się wrócić do Thadi.

-Czyli pan idzie walczyć z tymi złymi?- pytał maluch.- I to pana wtedy spotkałem za tymi górami?
-Tak i tak- odpowiedziałem nadal brnąc naprzód.- Przypomnisz mi jak masz na imię?
-Ithan- odpowiedział wilczek.- A...dlaczego idziemy nocą?
-Bo za dnia jest za gorąco.
-Ale w nocy się śpi!
-Na pustyni jest inaczej.
-A gdzie się będziemy chować?
-Będziemy robić prowizoryczny namiot z plandeki wozu twoich...- przerwałem bo nie chciałem przypominać małemu o jego zmarłych niedawno rodzicach.
-Już w porządku...- powiedział maluch widząc moją niepewność.- Ważne że mnie pan znalazł i uratował! I teraz będziemy juz podróżować razem, prawda? Będziemy walczyć z tymi wstrętnymi...- tu maluch powiedział tak obrzydliwą obelgę że aż zwróciłem mu uwagę:
-Ithan!
-No co? Przecież oni tacy są!
Uśmiechnąłem się pod nosem. Może ten maluch nie będzie aż tak złym kompanem jak myślałem...

wtorek, 18 lutego 2014

Od Altair'a: Samotna wyprawa

Rozmowa z Dante coraz bardziej mnie bawiła. Uwielbiam jak wilkom plącze się język próbując ze mną rozmawiać. W końcu nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem.
-Co cię tak bawi?- spytał lekko rozzłoszczony Berni, niedźwiedź Dantego.
-Nic, nic- odparłem i uspokoiłem się.- Przypomniało mi się tylko coś śmiesznego. No nic, miło się gadało ale na mnie już czas.
Dante nie protestował, Berni również. Ruszyłem więc w las z zamiarem znalezienia Venoma. Muszę go poprosić o jedną drobną rzecz...

-Nie, nie, NIE!- zaprotestował głośno generał.- Nie pozwolę ci pchać się w środek cudzej wojny!
-To nie jest cudza wojna!- oburzyłem się.- To wojna o mój rodzinny kraj! Nie mogę pozwolić by inni z mojego zakonu walczyli tam sami! Co ty byś zrobił gdybyś był za granicą a nas pod twoją nieobecność napadła obca wataha?!
Venom mentalnie powstrzymywał się przed uduszeniem mnie, a przynajmniej tak mówił jego wzrok. Chyba posunąłem się za daleko.
-Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak ciężko było mi opuścić własny oddział! Ja również straciłem watahę ale dla dobra własnego i swoich bliskich uciekłem stamtąd...
-I tu zachodzi parę drobnych różnic- rzuciłem zajadle.- Ja nie mam bliskich i na pewno nie uciekłbym z pola walki jak jakiś nieopierzony żółtodziób!
Zaszła chwila ciszy.
-WYNOŚ SIĘ STĄD!- głos Venoma pewnie było słychać nawet w najwyżej położonych jaskiniach.

Wracałem ścieżkami do swojej jaskini mamrocząc pod nosem przekleństwa.
-Cześć Altair...- zaczęła Rubylee ale nawet nie odpowiedziałem.
Wparowałem do swojej jaskini. Zgarnąłem z półki sztylety i przypiąłem je sobie do pasa. Do przednich łap przypiąłem ochraniacze i ukryte pod nimi ostrza. Na to znów założyłem płaszcz a na pysk zarzuciłem kaptur.
Wieczorem byłem już daleko od legowisk.

piątek, 14 lutego 2014

Od Altair'a: Przebieg misji "Nieproszeni goście"

Venom ostatnio chodził coś naburmuszony i zamyślony. Nawet Rubylee traktował oschle (na szczęście wilczyca nie brała tego do siebie).
-Co jest szefie?- spytałem zaciekawiony gdy generał po raz kolejny chodził w kółko zastanawiając sie nad czymś.
-Nie twoja sprawa- odparł naburmuszony nadal krążąc wokół tego samego drzewa.
-Najwyraźniej moja- odpowiedziałem.- Jesteś generałem, a problemy generała to sprawa całego wojska. Chyba że nie jestem już twoim szpiegiem, wtedy to co innego...
Venom podniósł w końcu łeb. Chyba go przekonałem.
-Jeff zlecił mi zajęcie się sprawą tajemniczej grupy wilków- wyjaśnił generał.- Ostatnio widział ich Sasuke przelatując nad Górami granicznymi. Niepokoi mnie skąd się wzięli i jakie mają zamiary...
-Zechcesz więc może rozkazać mi bym się tam udał?- zaproponowałem.
-A co z tym ugryzieniem?- przypomniał mi wilk.- Net mówił że powinieneś odpoczywać.
-Przecież nie będę z tymi wilkami walczył- zapewniłem.- Podejdę ich, sprawdzę kim są, ewentualnie podsłucham ich rozmowę i wrócę zdać raport, może być?
Venom niechętnie westchnął i pozwolił mi tam iść. Następnego dnia byłem już gotów do podróży.

Szłem przez las rozmyślając o ważnych (przynajmniej dla mnie) sprawach. Wysłałem Overana z wiadomością do zakonu, myszołów nie wraca od tygodnia. Coś tam musiało się wydarzyć.
Moje przemyślenia przerwał mi cel mojej podróży: tajemnicza banda wilków.
Wilki wyglądały na całkiem zadowolone. Każdy nosił na grzbiecie torbę, skóry, prowiant i inne potrzrbne rzeczy. Było ich dużo, na oko koło siedemnastu. Zdziwiło mnie że oprócz basiorów były tam także wilczyce i szczenięta. Nie mogłem z czystym sumieniem zaatakować tę grupę. Lepiej dowiedzieć się dyplomatycznie skąd są.
Wyszłem więc na drogę i zawołałem przyjaźnie:
-Witajcie wędrowcy!
Wilki zdziwiły się (jak każdy na mók widok) ale słysząc przyjazny ton wróciły do przerwanych rozmów. Tylko jeden wilk, zapewne przywódca, zainteresował się mną i podszedł bliżej.
-I ja również witam w imieniu moich wilków- odparł z uśmiechem.
-Co was sprowadza na tereny Watahy Szafirowego Lotosu?- zapytałem.
-Jesteśmy tylko przejazdem- odpowiedział wilk.- Prowadzę swoją watahę do nowego domu.
-A co się stało że aż cała wataha spakowała manatki i wyruszyła przed siebie?
-Wojna si stała, zakapturzony wojowniku- basior westchnął.- Obiecałem im bezpieczeństwo, a nasze wojska poległy w pierwszej kolejności. Ze strony sojuszników nie ma na co liczyć. Ich kraj już przegrał ale zostało jeszcze sporo buntowników.
Nagle coś mi zaskoczyło w głowie. Wojna, ciężka sytuacja, buntownicy...
-Czyli pochodzicie z zachodu?- zapytałem.
-Tak, a czemu pytasz?
-Również przyszedłem tu z tamtych stron. Jak nazywa się ten pokonany kraj?
-T'hadi.
Z wielkim trudem ukryłem strach który teraz mną zawładnął. Muszę natychmiast wrócić do legowisk.
-Nieszczęśnicy- westchnąłem.- Zgaduję że zaatakowała ich Wataha Czarnego Krzyża?- wilk pokiwał głową.- Tak myślałem. No nic! Czas na mnie. Bezpieczniej podróży!
-I nawzajem, nieznajomy!
Wilki ruszyły dalej. Już miałem iść gdy nagle usłyszałem dziecięcy głosik:
-A ja wiem kim pan jest.
Odwróciłem się. Od grupy odłączył się na oko roczny szczeniak.
-A więc słucham- odparłem z uśmiechem.- Kim jestem?
-Pan jest Asasynem- powiedział dumnie szczeniak.- Mój tata wiele podróżował do T'hadi a gdy wracał opowiadał mi o T'hadijskich wojownikach w białych płaszczach. Wszyscy mówią że jesteście tylko najemnikami którym płaci się za zabijanie...ale dla mnie pan i inni asasyni zawsze będziecie bohaterami, którzy odmawiają należnej chwały.
Uśmiechnąłem się i poklepałem malucha po główce.
-Dobrze, że przynajmniej ty tak myślisz.
Z tłumu wilków doszedł nas głos zmartwionej wadery:
-Ithan! Musimy iść!
Szczeniak pobiegł i dołączył do grupy. Ostatni raz odwrócił się by na mnie popatrzeć...ale jak zwykle zniknąłem wilkom z oczu.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Od Altair'a

Gdy obie wilczyce odeszły medyk kazał mi zdjąć płaszcz i pokazać łapę w którą wgryzł się wąż. Nie podobało mi się to. W płaszczu ukryte były wszystkie moje bronie. Bez nich czułem się taki bezbronny....no dobra, nie do końca bezbronny. Na szyi został mój medalion z symbolem zakonu. Gdy wilk zobaczył znak na chwilę zamarł.
-Gdzieś już widziałem ten symbol...- powiedział w zamyśleniu.- Czy ty przypadkiem nie jesteś asa...- nie dokończył, bo zatkałem mu pysk łapą.
-Nie dokańczaj- mruknąłem sztywno.- Nie chcę się przekonać co na to mają do powiedzenia inni z tej watahy.
Medyk tylko uśmiechnął się.
-Inni nie mają pojęcia kim są asasyni ani czym się zajmują. Chyba tylko ja i Jeff mamy niejasne informacje kim jesteś i raczej nie mamy zbytniej ochoty by to rozpowiadać.
Ulżyło mi trochę. Medyk znowu zajął się moją łapą. Przy okazji wypytywał mnie kiedy zostałem ukąszony, jak wyglądał owy wąż i jakie były ostatnie objawy działania trucizny. Potem podszedł do półki i po kolei brał z niej jakieś buteleczki. Większość odkładał z powrotem na miejsce. W końcu wrócił z jednym flakonikiem, skropił nim ranę i powiedział:
-Chenem.
Na moich oczach rana zasklepiła się i nie została nawet blizna.
-Jak ty...?
-Magia- odparł wilk.- Następnym razem lepiej nie denerwuj żmij. A tak przy okazji: jestem Netsuke.
-Altair- przedstawiłem się i zabrałem swój płaszcz. Przez przypadek wypadły z niego trzy sztylety do rzucania.
-Uznam że tego nie widziałem- powiedział krótko Netsuke.
-I bardzo dobrze- odparłem z uśmiechem, zabrałem noże i wymknąłem się z jaskini.

-I co? Już po wizycie?- usłyszałem.
Spojrzałem w bok. Dogoniła mnie ta sama wilczyca (z czarnym wisiorkiem na szyi) która znalazła mnie w lesie.
-Tak- odpowiedziałem krótko.
-A gdzie idziesz?
-Przed siebie.
-Czyli nie zostajesz?
To pytanie mnie zdziwiło. Jeszcze nikt nie proponował mi przyłączenia się do watahy. W końcu mogę mieć spokojną kryjówkę.
-A mogę zostać?- odpowiedziałem zdziwiony.
-Phi! I jeszcze się pytasz? Pewnie że możesz! Dla każdego jest miejsce. Wystarczy poprosić, a tak się dobrze składa że jestem tu główną betą.

No i tak mniej więcej dołączyłem w końcu do jakiejś watahy.

niedziela, 9 lutego 2014

Od Altair'a: Wyjątkowo pechowa podróż, część II

Zjadłem upolowanego przez Overana zająca i ruszyłem dalej. Myszołów ciągle leciał nade mną. Kuśtykałem przez las w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak życia. Co chwila dostawałem ataków kaszlu.
"Świetnie!" pomyślałem "Nie dość, że ugryzł mnie wąż to jeszcze się rozchorowałem"
A więc reszta dnia nie zapowiadała się obiecująco. Zobaczmy listę moich wpadek: spadłem z drzewa, ukąsił mnie wąż, rozchorowałem się, działam na rezerwowych zapasach energii...pięknie, a to wszystko w wczorajszy dzień.
Mrugnąłem parę razy. Teraz to nawet wzrok płata mi figle. Wszystko jest takie zamazane i ciemne. To przez ten jad. Muszę odnaleźć jakieś wilki. A na pewno jakiegoś medyka. I jedzenie. Tak, jedzenie również.
Jak na zawołanie do moich nozdrzy doleciał zapach zwierzyny. Podeszłem z ciekawości. Na polanie (choć ja widziałem tylko plamę zieleni) leżał świerzo upolowany jeleń. Nawet nie zastanowiłem się gdzie jest łowca i dlaczego na młodym zwierzęciu nie ma śladów zębów. Po prostu jadłem. Zatopiłem właśnie głęboko zęby, gdy nagle ktoś dalej krzyknął:
-Hekat!
Jeleń natychmiast sunął po trawie w stronę głosu...ze mną. To dopiero zabawna scena: martwy jeleń ciągnie wgryzionego w niego wilka.
"Już nigdy nie będę się śmiał z ofiar kawałów!" przysięgałem w duchu.
Jeleń w końcu się zatrzymał. Spojrzałem w górę. Nade mną stała wilczyca z dziwnym czarnym wisiorkiem na szyi. Dopiero teraz domyśliłem się, że to ona upolowała jelenia i pewnie zrobiła to za pomocą magii. Opanowałem się, wstałem i wyprostowałem dumnie (chociaż trudno spoglądać na kogoś z dumą mając na sobie zabłocony płaszcz i resztki trawy).
-Eeee...mogę wiedzieć co robiłeś z moim jeleniem?- spytała wilczyca.
-Jadłem. U was robi się z nimi co innego?- spytałem ironicznie. Wilczyca prychnęła.
-Kolejny kawalarz- mruknęła i poszła w swoją stronę ciągnąc za sobą jelenia.
-Hej zaczekaj!
Dogoniłem ją i bez pytania pomogłem zaciągnąć jelenia. Nie protestowała.
Przeszliśmy kawałek gdy nagle znów dostałem ataku kaszlu.
-Jesteś chory?- zmartwiła się wilczyca.
-To...(kaszlę)...nic takiego. Zwykłe przeziębie...(znowu kaszlę)
Wtedy wilczyca zobaczyła moją ugryzioną przez węża łapę.
-Ugryzł cię wąż?!
-A co? To też nienormalne?- odparłem ze zwykłym mi sarkazmem.
-Ten kaszel to nie przypadek. Chodź za mną. Mój brat się tobą zajmie, a ja potem wrócę po zwierze.

Dokończy Ruby albo Netsuke

wtorek, 4 lutego 2014

Od Altair'a: Wyjątkowo pechowa podróż, część I

Był to kolejny zbyt ciepły jak na tę porę roku dzień. Śnieg topniał chodź dopiero co minął środek zimy. Podłoże było grząskie i śliskie. Dlatego właśnie zdecydowałem się na dość nietypowy sposób podróży: po drzewach. Skakałem z gałęzi na gałąź starając się unikać gościńców i szlaków. Koło południa usłyszałem znajomy ptasi pisk. Zapatrzyłem się w niebo i (co do mnie niepodobne) poślizgnąłem się. Walnąłem pyskiem o konar i spadłem na mokrą drogę. Obok mnie lekko wylądował mój myszołów. Bacznie mi się przyglądał.
-Co? Nigdy nie widziałeś wilka spadającego z drzewa?- spytałem ironicznie. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę jak głupio to brzmiało.
Całe szczęście że Overan nie umie mówić. Myszołów tylko odwrócił się tyłem. Na grzbiecie miał swoją tubę na raporty i listy. Zwisała z niej czerwona wstążka, znak, że mistrz przeczytał i odpowiedział na ostatni raport. Wstałem i wyjąłem z tuby zwitek. Wstążkę schowałem do środka. Przeczytałem napisaną w pośpiechu wiadomość. Mistrz powiadomia mnie w liście, że przez jakiś czas nie będzie w stanie odbierać moich raportów. Nie napisał jednak dlaczego, co bardzo mnie zmartwiło.
-Chyba coś jest nie tak- powiedziałem do Overana. Tak wiem: wariat gada z ptakiem. Ale co innego mam do roboty? Nic, tylko skrobanie raportów i gadanie z tresowanym myszołowem.
Zrobiłem krok dalej i moje ciało przeszył ból. Coś ugryzło mnie w łapę. Zamachnąłem się. Metr ode mnie upadł wkurzony wąż. Wszystko jasne. Overan zwietrzył okazję na obiad i rzucił się na gada. Spojrzałem na swoją łapę. Wąż zostawił mi ślady po zębach i pulsująco piekący ból.
"Szlag by trafił te wszystkie trujące paskudy!" powtarzałem w myślach kuśtykając dalej.
Nie miałem wyboru. Zostałem na noc w jakiejś słabo osłoniętej grocie. Łażenie po nieznanym terenie i to w nocy ze zdrętwiałą łapą nie należy do dobrych pomysłów. Overan został ze mną. Też nie miał nic do roboty, bo nie mogłem i nie musiałem wysyłać kolejnych raportów.

Rano już cały byłem odrętwiały. Myślałem że to przez zimno i wilgoć...dopóki nie poczułem palącego bólu w piersi. To pewnie przez jad. Na dodatek byłem głodny i przemęczony. Długo tak nie pociągnę. Muszę znaleźć coś do jedzenia, trochę ziół na okład, a najlepiej medyka.
Już miałem ruszyć gdy nagle przypomniałem sobie o Overanie. Nie było go.
"Trudno" pomyślałem "Jakby co to przecież umie mnie znaleźć".
I wtedy ktoś znikąd rzucił mi pod pysk tłustego zająca. Chwilę potem usłyszałem znajomy ptasi pisk i ujrzałem cień zataczającego koła ptaka. Ciekawe ile jeszcze razy Overan mnie zaskoczy.

CDN

wtorek, 28 stycznia 2014

Profil wilka Altair'a

Imię: Altair
Płeć: samiec
Wiek: 4 lata
Partner: nie wie czy nadaje się na partnera
Rodzina: brak
Ranga: szpieg
Charakter: To skryty i tajemniczy wilk. Nigdy nie złamał by praw własnego honoru. Często posługuje się sarkazmem, kłamstwem, grą słów, wszystko byleby nie dać po sobie poznać czegokolwiek. Robi to co podpowiada mu intuicja. Często odmawia sobie prostych przyjemności, ponieważ nauczono go samowystarczalności. Nie szuka blasków chwały. Gdy tylko wykona co do niego należało "znika" i pozostaje anonimowym bohaterem. Nigdy nie rozstaje się z bronią (zawsze ma ukryte sztylety w rękawach płaszcza). Rzadko też pokazuje twarz, ukrywa ja pod kapturem aby jego wrogowie (ci nadal żywi) nie mogli go rozpoznać po wyglądzie.
Historia: Jako niemowlak stracił rodzinę przez wojnę. Niewiele pamięta z tamtego zdarzenia. Płomienie, lamenty umierających, swój własny płacz...i wilka, jego bohatera. Był odziany w biały płaszcz (taki sam jaki ma Altair teraz). Wilk zabrał szczeniaka do siedziby klanu Asasynów. Niewiele osób popierało pomysł, by niańczyć szczeniaka, ale maluch szybko zyskał sympatię wojowników. Był waleczny i odważny. Idealny materiał na asasyna. Wilczek dostał nowe imię (Altair) i rozpoczął szkolenie. Sprawował się świetnie. Wykonywał polecenia bez dyskusji, szybko i niezauważenie eliminował ważniejszych wrogów zakonu. Jednak to mu nie wystarczało. Gdy dorósł uzyskał zgodę na opuszczenie zakonu w celu zbadania dalszych terenów. I dotarł tutaj. Jednak nadal na bieżąco komunikuje się z zakonem poprzez swojego sokoła.
Pozycja: Omega
Towarzysz: Overan
Talizman:  zwykła blaszka z imieniem, stopniem wtajemniczenia i znakiem zakonu asasynów (każdy członek zakonu taką ma)
Boski opiekun: Hermes - boski posłaniec
Żywioł:
Metal, Powietrze
Umiejętności: Niewidoczny (potrafi wtopić się w tło za pomocą sprytu i zwinności), umie wspinać się po prawie każdej powierzchni, jest niemal niesłyszalny
Właściciel: Hano-werka-123